9 wrz 2013

Do czego MON potrzebny jest "średni czołg"?


Wizualizacja PL-01 fot. YouTube

Przy okazji kieleckich MSPO 2013 i pokazu przez PHO (d. Bumar) demonstratora średniego czołgu (jak nazywa go wiceminister Skrzypczak, lub Wozu Wsparcia Bezpośredniego jak brzmi jego oficjalna nazwa) PL-01 Concept, wyszło na jaw że masa wozu ma wynosić maksymalnie 35 ton a MON naciska producenta żeby zmniejszyć ją do 32-33 ton. Takie ograniczenie masy powoduje że wóz nie będzie odporny na pociski armat czołgowych a jedynie armat 30mm. Nie pozwala mu to nawiązać równorzędnej walki z czołgami pomimo posiadania armaty kalibru 120mm, może wykonywać jedynie zadania niszczyciela czołgów zwalczającego czołgi przeciwnika z ukrycia oraz wspierać piechotę w walce z lekko uzbrojonym przeciwnikiem. Posiada więc jedynie ograniczone możliwości czołgu. Skąd takie wymagania? Może chodzi o zdolność do transportu za pomocą samolotów A-400? Maksymalny udźwig A-400 początkowo miał wynosić 37 ton, jednak w wyniku trudności z osiągnięciem tego parametru, zgodzono się na jego obniżenie do 35 ton. Z kolei samolot C-17 mógłby przetransportować dwa czołgi średnie o masie 35 ton, co byłoby dużym atutem dla sił szybkiego reagowania. Dotychczas bowiem nie istnieje maszyna o podobnych parametrach. Jeden samolot C-17 może zabrać na pokład tylko jeden czołg M-1 Abrams lub 3 wozy M1128 MGS uzbrojone w armatę 105mm.  MGS jest jednak słabiej uzbrojony niż PL-01, również słabiej opancerzony. Jego odporność ogranicza się do pocisków 14,5mm a PL-01 byłby odporny na pociski 30mm w przednim sektorze i na pociski kumulacyjne. Przyjrzyjmy się jaki zasięg mogłyby osiągać samoloty C-17 z dwoma PL-01 na pokładzie. Biorąc pod uwagę obecny region największego zainteresowania wojskowego, czyli Bliski Wschód, okazuje się że zmniejszenie masy pojedynczego PL-01 z 35 do 32 ton pozwala C-17 zwiększyć zasięg samolotu startującego z Wrocławia (lotnisko używane przez wojsko do zaopatrywania i obsługiwania misji w Afganistanie) z maksymalnie Kabulu do maksymalnie Islamabadu i z Kuwejt City do stolicy Jemenu Sany. Trzeba przyznać że Pakistan i Jemen Płd są krajami uznawanymi za potencjalny rejon prowadzenia działań wojennych w nieodległym czasie dla wojsk USA. Czy naprawdę komuś w polskim MON zależy tak bardzo na możliwości przerzutu średnich czołgów do Pakistanu i Jemenu że stworzył wymagania taktyczno-techniczne pod tym kątem? Coż, możemy tylko spekulować ale biorąc pod uwagę że w kręgach rządowych naszego post-PRL panuje służalczość wobec nowego centrum władzy jakim jest obecnie USA, to całkiem możliwe. Możliwe, dlatego że w naszym kraju rządzą wywiady obcych krajów i  ludzie tworzący wymagania taktyczno-techniczne nowego sprzętu, zapewne dobrze o tym wiedzą. Postawienie takich wymagań byłoby więc z ich punktu widzenia roztropną dbałością o swoją karierę. Wskazuje też na to fakt że początkowo projekt ten był też nazywany w MON "lekkim czołgiem", czyli w domyśle łatwym do transportu lotniczego. W USA również pracowano nad takim czołgiem (jeszcze lżejszym, przystosowanym do transportu samolotami C-130) ale prace te zarzucono. Demonstrator PL-01 wykorzystuje podwozie szwedzkiego bwp CV-90 (obecnie własność BAE Systems) a docelowo prawdopodobnie główne komponenty wozu Armadillo. Nie jest to najlepsze rozwiązanie dla niszczyciela czołgów, gdyż silnik umieszczony z przodu powoduje że wóz staje się wysoki i trudny do ukrycia. Dla wozu wsparcia (jakim jest w istocie, zgodnie z oficjalną nazwą) duża wysokość sylwetki nie ma takiego znaczenia. W misjach ekspedycyjnych znaczenie ma natomiast dobre opancerzenie dna kadłuba przeciwko wybuchom min i fugasów które pojazd PL-01 ma mieć lepsze (ładunek 10 kg trotylu) od czołgu T-72. Hucznie ogłoszona przez prezydenta Komorowskiego "zmiana priorytetów" wojska z misyjno-ekspedycyjnych na obronę kraju, nie znalazła jeszcze jak widać odzwierciedlenia w wymaganiach taktyczno-technicznych Departamentu Uzbrojenia MON.

2 wrz 2013

Syria - Obama potyka się o własne nogi


Od kilku dni obserwujemy wodewil pod tytułem "Amerykański atak na Syrię". 21 sierpnia świat obiegła informacja że w Syrii armia dokonała ataku bronią chemiczną na przedmieściach Damaszku. Zgineło od kilkuset do ponad tysiąca ludzi. Wśród głosów medialnego oburzenia, USA natychmiast zapowiedziały operację karną na syryjskich siłach rządowych. Tak się szczęśliwie złożyło że atak chemiczny nastąpił w momencie kiedy w Syrii przebywali eksperci ONZ od badania przypadków użycia broni chemicznej. Zanim jednak przystąpili do pracy, Waszngton już rozpoczął przygotowania do akcji militarnej przeciwko armii Assada.

USA od dawna chciały do tego doprowadzić, jednak bez powodzenia. Na przeszkodzie stała wspierająca Syrię Rosja, blokując choćby w styczniu 2012 roku odpowiednią rezolucję RB ONZ. Potrzebne było znalezienie sposobu obejścia tej blokady. Taki sposób znaleziono - stało się nim przekroczenie ogłoszonej przez Obamę "czerwonej linii" użycia broni C.

Są dowody że wspierające rebeliantów kraje rejonu Zatoki Perskiej, za akceptacją Waszyngtonu oferowały  wielkie sumy pieniędzy za zorganizowanie w Syrii prowokacji z użyciem broni chemicznej. Próby takiej prowokacji były podejmowane, jednak skala ich była mała a wina rebeliantów zbyt oczywista. I wreszcie, kiedy rząd Syrii zgodził się na wizytę inspektorów ONZ, nastąpiło wielkie bum! W ataku zginęło co najmniej kilkaset osób. Tego było potrzeba. Od tej pory Obama już otwarcie zaczął przeć do interwencji a machina propagandowa Zachodu ruszyła z pełną mocą.

Dla uspokojenia opinii publicznej, niezbyt chętnej kolejnej wojnie, Waszyngton twierdzi że nie będzie to inwazja a jedynie krótka 2-3 dniowa operacja karna za pomocą pocisków Tomahawk. Cel - zniszczenie składów broni chemicznej i wyrzutni rakiet nie wydaje się jednak możliwy do zrealizowania w tak krótkim czasie ponieważ zostały one już rozśrodkowane. Co więcej, taka akcja grozi że władze Syrii zdecydują się na odwet atakując bazy w Jordanii, Turcji lub Izraelu. Izrael zaś już zapowiedział że jeśli syryjskie rakiety spadną na jego terytorium, "odpowie z grubej rury". To może z kolei wywołać reakcję Iranu.

Rosja piecze własną pieczeń

Wzrost tempertury na Bliskim Wschodzie spowodował że w Rosji podniosły się głosy że jeśli dojdzie do ataku na Syrię, to Moskwa powinna skorzystać z okazji i zająć kraje bałtyckie. Opinię taką wyraził 28 sierpnia Michaił Aleksandrow - rosyjski ekspert z Instytutu Wspólnoty Niepodległych Państw w Moskwie. Co więcej, Aleksandrow stwierdził że wysyłając żołnierzy do krajów bałtyckich Rosja powinna podkreślić swoje intencje eksplozją atomową na Nowej Ziemi. Oczywiście w Rosji rządzonej żelazną ręką przez mafię funkcjonariuszy byłej KGB takie wypowiedzi nie moga być przypadkowe.

Wzbudziło to na tyle wielkie zaniepokojenie w kręgach rządowych Litwy, Łotwy i Estonii że w piątek, 30 sierpnia trójka prezydentów tych państw udała się do Waszygtonu prosić o radę i wsparcie. Krótka kilkunastominutowa audiencja u Obamy miała, jak podawały lokalne media zadecydować nawet o dalszych losach tych krajów. Atmosferę napięcia potęgują przygotowania do wielkich rosyjskich manewrów na Białorusi Zapad-2013 które mają się odbyć w drugiej połowie września.

Izraelskie geszefty

 Do ataku USA na Syrię od dawna namawia Izrael. Niedawno, w pierwszej połowie sierpnia dwie duże delegacje wojskowe USA przebywały w Izraelu najwyraźniej badając między innymi zdolność izraelskich baz lotniczych do przyjęcia większej ilości samolotów. Również główny "dowód" winy syryjskiej pochodził z Izraela - miało to być nagranie rozmowy dowódców armii syryjskiej rzekomo przechwycone przez wywiad. Takie nagranie łatwo spreparować.

Poparcie opinii publicznej dla interwencji w Syrii wynosiło w USA zaledwie 8%, jednak w Izraelu - aż 66%. I chociaż w ostatnich dniach można zaobserwować pewne oznaki wahania w Waszyngtonie, biorąc pod uwagę że w stosunkach USA - Izrael, to ogon macha psem, nietrudno zgadnąć jaka opcja zwycięży.

Rola Egiptu

Pierwotnie atak zapowiadano na czwartek 29 sierpnia. Opóźnienie można wiązać z informacją dotyczącą Egiptu. Według kilku źródeł, Egipski minister obrony gen. Al Sisi 
zapowiedział zablokowanie Kanału Sueskiego dla amerykańskich okrętów płynących w kierunku Syrii włączając w to pływające bazy zaopatrzeniowe. W ten sposób przybycie sił zbrojnych USA i ich sojuszników na miejsce operacji jest utrudnione. Generał Sisi podkreślił wierność Egiptu umowie na temat wspólnej obrony zawartej z Syrią. Tygodnik „Le Journal du Dimanche” miał nagłówek „Generał, który rzucił wyzwanie Obamie”. Wiadomość ta miała być też przekazana przez egipską telewizję. Być może Obama dał sobie kilka dni na przekonanie obecnego dyktatora Egiptu Sisiego, żeby otworzył Kanał Sueski dla amerykańskich okrętów co zapewniłoby im niezbedną swobodę manewru.

Nimitz utknął na Morzu Czerwonym


Jak w poniedziałek powiedział urzędnik amerykańskiego Departamentu Obrony, amerykańska Lotniskowcowa Grupa Uderzeniowa złożona z lotniskowca USS Nimitz oraz 4 niszczycieli i krążownika, została "przekierowana w niedzielę wieczorem na M. Czerwone w celu  wsparcia ograniczonego uderzenia w Syrii". W grupie amerykańskiej floty na Morzu Śródziemnym nie ma lotniskowców, tylko 5 niszczycieli i 4 okręty podwodne. Jest to pośrednie przyznanie że kanał Sueski dla amerykańskich okrętów został zamknięty. Najkorzystniejszym położeniem do ataku na Syrię jest Morze Środziemne. Latając z M. Czerwonego nad Jordanią, lotnictwo pokładowe musi pokonywać znacznie dłuższą drogę. Nimitz przybył prawdopodobnie z Morza Arabskiego na M. Czerwone celem przedostania się Kanałem Sueskim na M. Środziemne, jednak egipski generał Al Sisi wykazując się niezależnością od USA i solidanością z Syryjczykami, okrętów nie przepuscił.  Z kolei Izrael podżegający USA do ataku na Syrie, wcześniej nakłonił Waszyngton do poparcia generała Sisiego który obalił demokratycznie wybrany reżim prezydenta Mursiego. Blokada Kanału Sueskiego dla amerykańskich okrętów - prawdopodobnie  główna przyczyna wstrzymania amerykańskiego ataku na Syrię,  jest skrzętnie przemilczana przez amerykańskie oraz sojusznicze media, w tym Polskie. Zamiast tego słyszymy bajkę o tym jaki to z Obamy wielki demokrata bo zdecydował że decyzje o ataku podejmie Kongres.Tymczasem za kulisami trwają zapewne zabiegi by Sisi cofnął swoją decyzję i przestał upokarzać "hegemona".

CDN.

13 sie 2013

Przygotowania do dużej wojny?


Pomimo braku dowodów na przekroczenie "czerwonej linii" jakim w/g Waszyngtonu miałoby być użycie przez władze Syrii broni chemicznej, siły zbrojne USA prowadzą systematycznie przygotowania do możliwej dużej operacji lotniczej nad tym krajem w postaci utworzenia strefy zakazu lotów.

W dniu 11 sierpnia gen. Mark Welsh, szef sztabu US Air Force, zakończył tygodniową wizytę w Izraelu gdzie spotkał się z wysokimi dowódcami wojskowymi izraelskiej armii w tym z szefem Sztabu Generalnego Beny Gantz'em.

Szczegóły wizyty nie są znane poza tym że amerykański dowódca dokonał przeglądu wszystkich izraelskich baz sił powierznych. Wizyta odbyła się w dużej dyskrecji z powodu, jak poinformowali amerykanie, dużego napiecia na Bliskim Wschodzie. Omówiono wspólne zadania w świetle aktualnej sytuacji w regionie zgodnie z potrzebami IDF i ustanowiono nowe kanały komunikacji (co w języku dyplomacji wojskowej może oznaczać wszystko lub nic).

Następnego dnia, 12.08. rozpoczął w Izraelu wizytę generał Martin Dempsey, przewodniczący amerykańskiego Kolegium Szefów Połączonych Sztabów. Oprócz szefa sztabu armii, spotka się również z najwyższym przywództwem politycznym Izraela. Następnie odwiedzi też inne kraje tej części Bliskiego Wschodu.

W pobliżu Syrii znajdują się już rozlokowane pewne siły wojskowe USA. Jest to m.inn. eskadra samolotów F-16 i jednostka rakiet Patriot które pozostały po niedawnych ćwiczeniach na terenie Jordanii. Należy też pamietać o stałej obecności w regionie kilku amerykańskich lotniskowcowych grup uderzeniowych.

Wizyty mają prawdopodobnie na celu skoordynowanie planów oraz sprawdzenia gotowości lotnisk do przyjecia samolotów amerykańskich być może też wspólnej operacji nadzoru nad przestrzeganiem ograniczonej strefy zakazu lotów w Syrii, która może zostać zarządzona wkrótce.

W tym samym czasie Rosja kończy serię wielkich manewrów wojskowych sprawdzających zdolność armii do pojęcia natychmiastowych działań na dużą skalę bez etapu długotrwałych przygotowań wstępnych, czyli z zaskoczenia lub jako reakcja na działania drugiej strony (czytaj USA) w innym rejonie świata. Ostatnim z serii będą manewry "Zapad 2013" na terytorium Białorusi. Dobiegają końca ćwiczenia z armią chińską w Obwodzie Czelabińskim na południu Uralu, wcześniej odbyły się ćwiczenia ochrony konwojów broni jądrowej w zachodniej Rosji.

Równocześnie na linii Waszyngton-Moskwa nastąpiło ochłodzenie. Po tym jak dyktator W. Putin udzielił azylu współpracownikowi NSA Snowdenowi, w lokalnych wiadomościach telewizyjnych w Czelabińsku został wrzucony film pokazujący Putina jako krwawego dyktatora a dwa dni później prezydent Obama nazwał Putina "znudzonym uczniakiem rozrabiającym na ostatniej ławce w klasie". Wspomniał przy tym o problemach jakie Rosja stwarza w Syrii utrudniając podjęcie decyzji przez ONZ o interwencji a następnie odwołał wizytę w Moskwie. Zamiast do Moskwy postanowił udać się do Szwecji co jest kolejnym psztyczkiem dla Putina po niedawnych prowokacjach zbrojnych Rosji wobec tego kraju. Być może podziałało to na Putina otrzeźwiająco, bo następnego dnia Rosja zaprosiła obserwatorów z USA na swoje manerwry "Zapad 2013" choć wcześniej takich zaproszeń odmawiała. Tak więc kremlowski wielbiciel Stalina szybko mięknie, nawet lekko przyciśniety.

Oczywiście Rosja nie jest w stanie stawić czoła lotnictwu USA nad Syrią. Jeżeli podejmie jakieś działania to raczej w innym rejonie świata, na przykład w Europie i w sposób asymetryczny by wykorzystać słabe punkty USA, na przykład brak większych jednostek wojsk ladowych USA.

Można oczekiwać że jeśli na terytorium Syrii ogłoszona zostanie strefa zakazu lotów, co jest wielce prawdopodobne, a Syria na ataki z powietrza odpowie uderzeniami rakiet balistycznych na Izrael, to wojna przejdzie do etapu działań lądowych. Wtedy być może Rosja spróbowałaby skorzystać z okazji by na innym froncie wykonać jakiś krok w kierunku odzyskania utraconego imperium co od dawna jest marzeniem W. Putina. Przy tym jest kilka krajów z terytorium byłego ZSRS, które jeszcze nie w pełni podporządkowały się Kremlowi. Są to Azerbejdżan, Gruzja, kraje bałtyckie i Ukraina. W tym celu jednak Rosja musiałaby podeprzeć się "starszym bratem" jakim powoli w stosunkach wzajemnych stają się dla niej Chiny. Chiny już w sprawie Snowdena pokazały że są bardziej dojrzałe politycznie i być może próbują wpuścić Putina w pułapkę uzależnienia wykorzystując jego kompleksy wobec Zachodu.

29 lip 2013

Rosja: nowe samoloty przychodzą, stare pozostają

Znalazłem ciekawą informację agencji Interfax-AWN, że od ponad półtora roku lotnictwo DOSAAF Rosji nie otrzymuje od wojsk lotniczych samolotów i śmigłowców, pomimo że wcześniej takie przekazania były zaplanowane. Przy masowych dostawach dla Sił Powietrznych nowych samolotów i smigłowców jest to wyjątkowo dziwne. Lotnictwo Rosji od kilku lat jest intensywnie modernizowane, otrzymuje po kilkaset nowych samolotów i smigłowców rocznie. Do 2020 roku Moskwa planuje doposażyć lotnictwo wojskowe w 600 nowych samolotów i 1000 nowych smigłowców. Rosja zwiększa wydatki zbrojeniowe najszybciej na świecie.
Normalna procedura w czasie pokoju jest w Rosji taka że samoloty i śmigłowce zbliżające się do końca resursu są przekazywane do DOSAAF (paramilitarnej organizacji szkolenia kandydatów dla armii) pod warunkiem że wykona ona remont tych statków powietrznych na własny koszt.Obecnie średni wiek samolotów i smigłowców DOSAAF przekracza 20 lat. W 2011 roku lotnictwo DOSAAF otrzymało z Sił Powietrznych Rosji 15 samolotów L-410 i 30 śmigłowców, jednak od 2012 roku do tej pory żadnych dostaw nie było. Remont samolotu L-410 kosztuje DOSAAF około 20 mln. rubli a śmigłowca Mi-8 10-15 milionów.
Lotnictwo DOSAAF posiada 1289 samolotów i śmigłowców z których sprwnych jest jednak tylko 480-500.
 Normalnie w czasie pokoju jest tak, że kiedy przychodzą nowe samoloty i śmigłowce, stare wycofuje się ze służby.
W czasach zimnej wojny wstrzymywanie wycofywania starego wyposażenia zdarzało się w podczas wzrostów napięcia i intensyfikowania przygotowań do wojny kiedy czas osągania gotowości bojowej był skrócony. Nie trzeba było wtedy sięgać do rezerw organizacji paramilitarnych bo sprzęt pozostawał w magazynach wojska.  Jest to kolejny dowód ze Putin coś szykuje.

22 lip 2013

Powrót do dywizji czyli "Dzień M"

Okazuje się że Rosja znowu tworzy dywizje pancerne i zmechanizowane. W 2009 roku tzw. reforma Sierdiukowa zniosła szczebel dywizji pozostawiając brygady i armie. Na początku obecnego roku min. Szojgu ogłosił że zostaną ponownie sformowane dywizje czemu niezbyt przychylnie przyglądał się prezydent Putin ale decyzji nie cofnął. Zaczęto od odtworzenia 2 Tamańskiej Dywizji Zmechanizowanej i 4 Kantemirowskiej Dywizji Pancernej, obie bazują na zachód od Moskwy w pobliżu wielkiego ośrodka szkolenia poligonowego Alabino, unowocześnianego ostatnio przez Niemców.

 Pojawiły się też nieoficjalne informacje że więcej brygad będzie przekształcanych znowu w dywizje. Sytuacja jest dosyć dziwna bo rosyjskie ministerstwo obrony milczy na temat dalszych planów, w przeciwieństwie do okresu kiedy dywizje likwidowano. Wtedy informowano szeroko i dogłębnie.

Oby nie okazało się to metodą. Jak pisał Sun-Tzu w swoim traktacie "Sztuka wojny": "jeśli jesteś słaby, krzycz że jesteś silny, jeśli jesteś silny, udawaj słabego".
 Jeśli opierać się na analogii którą opisał W. Suworow w "Dniu M", rozwijanie nowych wyższych związków taktycznych może być sygnałem przygotowań do wojny. W przeddzień wojny z Hitlerem, to właśnie w Rosji rozpoczęto formowanienie nowych dywizji i armii.

Ciekawe jest na jakim poziomie mają być usytuowane nowe dywizje. Są sygnały od rosyjskich komentatorów, że ma to być powrót do dywizji w armiach. Jeśli tak, to byłoby to niezbyt rozsądne, chyba że rzeczywiście Kreml stwierdził że będzie duża wojna i rozpoczął do niej przygotowania. Niezbyt rozsądne bo oprócz tego że oznaczałoby to że wszystkie pieniądze włożone w tworzenie brygad wyrzucono w błoto, to jeszcze wraca się do struktury niezbyt elastycznej (choć lepiej przystosowanej do prowadzenia długotwałych działań bojowych). W takim układzie w armiach byłoby 2-3 dywizje i 1-2 brygady. Trzeba by przystąpić do aktywacji baz składowania i remontu sprzętu i przekształcania ich w dywizje. Ilośc sprzętu wymagającego remontu przed wprowadzeniem do służby jest kolosalna.

Inny wariant, to formowanie dywizji na szczeblu okręgów wojskowych. Takich okręgów jest obecnie 4 na terytorium Rosji i utworzenie w nich kilku nowych dywizji nie stanowiłoby problemu. Co więcej, taka struktura dodałaby elastyczności strukturze dowództw strategicznych. Każdemu z nich podlegałoby kilka armii o strukturze brygadowej i 1-2 dywizje jako odwód przeznaczony do wzmocnienia szczególnie ważnych kierunków operacyjnych. Jest to prawdopodobne tym bardziej że na szczeblu centralnym odwodem jest armia powietrzno-desantowa złożona z kilku dywizji, dywizje w okręgach są więc logicznym powtórzeniem tej struktury o szczebel niżej. Zresztą pierwotnie w reformie Sierdiukowa zakładano pozostawić niektóre dywizje.

Ciekawą wiadomością jaka wypłyneła przy tej okazji jest to że rosyjski Sztab Generalny od jakiegoś czasu monitował o powrót do struktury zawierającej dywizje motywując to tym, że rośnie prawdopodobieństwo wybuchu dużej wojny.

Znaczący jest też kierunek (zachód) od którego zaczęto odtwarzanie dywizji. Przykre ale i znamienne jest, że w tym samym czasie w naszym biednym kraju, ludzie nieodpowiedzialni rozpoczęli demontaż systemu dowodzenia armią.

18 lip 2013

Uczczenie 22 lipca przez strzał w mózg armii

Jak podało dziś Biuro Bezpieczeństwa Narodowego, ustawę likwidującą dotychczasowy system dowodzenia Siłami Zbrojnymi prezydent Komorowski podpisze w dniu 22 lipca. Jak wiadomo 22 lipca był świętowany w PRL jako dzień przyjęcia komunistycznego "manifestu PKWN" który ustanawiał Krajową Radę Narodową jako jedyne legalne źródło władzy i odmawiał legitymacji Rządowi RP na uchodźstwie.

Komorowski od początku swojego urzędowania wykazuje się bardzo specyficznymi "gafami" szydzącymi z Polski i Polaków jak i z godności urzędu który piastuje.

Pomysł likwidacji jednoosobowego systemu dowodzenia opartego na Sztabie Generalnym, przeforsował szef BBN, papierowy generał S. Koziej. Ten "teoretyk wojskowości", absolwent kursu w Moskwie i działacz partii komunistycznej który nigdy nie dowodził nawet batalionem, uważany jest przez zwykłych żołnierzy za grabarza polskiej obronności. Pełniąc swoją obecną funkcję, utrzymuje robocze kontakty z funkcjonariuszem KGB generałem Patruszewem a jego pomysły mogą przyprawić o kolkę wywołaną spazmami śmiechu. W czasie wojny w Iraku komentując w telewizji oblężenie Bagdadu twierdził że armia amerykańska będzie zdobywać miasto za pomocą śmigłowców. Okazało się to pudłem, amerykanie działali klasycznie, za pomocą piechoty wpieranej czołgami. Obecnie udało mu się, z pominięciem procedur, wdrożyć w praktykę swoją koncepcję "przeskoku generacyjnego" i forsuje wymianę samolotów Su-22 na bezpilotowce. Twierdzi przy tym że mają one porównywalne możliwości, co jest kłamstwem bo nie ma obecnie, nawet w stadium prototypu, bezpilotowca zdolnego przenosić 4 tony uzbrojenia albo podjąć walkę powietrzną tak jak Su-22 czy inny załogowy samolot bojowy.

Nowy system dowodzenia charakteryzuje się rozmyciem odpowiedzialności i niejasnym podziałem zadań. Obecny Sztab Generalny ma zostać okrojony do obecnego zarządu planowania strategicznego a jego kompetencje dowódcze przekazane do Dowództwa Generalnego i do Dowództwa Operacyjnego. W trakcie przejścia ustawy przez legislaturę okazało się że jest ona sprzeczna z Konstytucją RP, gdyż ta zawiera zapis że prezydent mianuje dowódców rodzajów Sił Zbrojnych a ustawa te stanowiska likwidowała. Problem szybko rozwiązano, przez dodanie do nazwy nowych dowództw sformułowania "Rodzajów Sił Zbrojnych". I tak Dowództwo Generalne nazwano "Dowództwem Generalnym Rodzajów Sił Zbrojnych" a Dowództwo Operacyjne - "Dowództwem Operacyjnym Rodzajów Sił Zbrojnych". Tak bezczelnej machlojki Polska nie pamietała od czasów słynnego "lub czasopisma", ale tamta nie przeszła.
 W sposób oczywisty jest to sprzeczne z intencją autorów Ustawy Zasadniczej w której mowa jest w artykule 134, o rodzajach Sił Zbrojnych jako oddzielnych grupach jednostek działajacych w tym samym środowisku (WL na lądzie, MW na morzu i SP w powietrzu oraz Wojskach Specjalnych wykonujących specyficzne zadania na lądzie i morzu). Rządowi Tuska brakuje jednak większości w sejmie żeby zmienić konstytucję, stąd uciekł się do sztuczki z nazwami.

W rezultacie przyjęcia ustawy, od 1 stycznia 2014 roku Wojskiem Polskim będzie dowodziło 3 równorzędnych generałów jednocześnie: Szef Sztabu Generalnego ma być odpowiedzialny za planowanie strategiczne, programowanie rozwoju i doradzanie ministrowi obrony. Dowódca Generalny - za dowodzenie w czasie pokoju, szkolenie i "bieżące funkcjonowanie Sił Zbrojnych" (co też jest definicją pod którą można podpiąc wszystko) a Dowódca Operacyjny ma "dowodzić operacyjnie" w czasie pokoju i wojny oraz rozwijać stanowisko dowodzenia Naczelnego Dowódcy Sił Zbrojnych którego powinien powołać prezydent w razie wybuchu wojny.

Jedną z postawowych zasad w wojsku jest zasada "ten sam szkoli i ten sam dowodzi na polu walki". Teraz ta zasada zostaje złamana. Chodzi o to że dowódca mający przyjąć odpowiedzialność za rezultat walki, bitwy, operacji czy wojny, inaczej będzie podchodził do szkolenia swoich podwładnych niż ten, który wie że i tak przekaże ich innemu.  Z kolei dowódca przeznaczony do dowodzenia w razie wojny, powinien wiedzieć co potrafią jego żołnierze, znać ich możliwości a te najlepiej się sprawdza szkoląc ich. Teraz zarówno Dowódca Generalny jak i Dowódca Operacyjny w razie porażki będą mogli powiedzieć "to nie ja, to kolega".

Przyjmując tę ustawę, parlament i prezydent odbierają żołnierzom ich największe prawo, wyrażające się w starym wojskowym przysłowiu że "żołnierz ma wiele obowiązków ale ma też jedno, niezbywalne prawo - ma prawo być dobrze dowodzonym. Podpisując zmiany już nazwane "reformą Kozieja", prezydent Komorowski to prawo polskim żołnierzom odbierze.

Wiadomo że natura ludzka jest ułomna stopnie generalskie osiągają ludzie najbardziej ambitni. Istnienie 3 równorzędnych stanowisk na czele armii może spowodować wzajemne animozje a być może i podstawianie sobie nogi i kopanie dołków pod konkurentem o wzgledy ministra i prezydenta. Dlatego struktura dowodzenia powinna być tak skonstruowana żeby te ułomności ludzkie likwidować a nie je wzmacniać.

Wszystko to powoduje że rozwiązania zapisane w nowej ustawie są najgorszymi z możliwych. W razie nagłej agresji na Polskę, żołnierze nie będą wiedzieli kto nimi dowodzi a przyszli politycy i historycy będą się spierać kto jest odpowiedzialny za klęskę.

Oficjalnie mówiono że manifest PKWN został ogłoszony w Chełmie przez "grupę polskich patriotów". W rzeczywistości został napisany i wydrukowany w Moskwie przez sowietów. Czy będziemy czekali też 40 lat żeby się dowiedzieć jak było z "reformą Kozieja"? Jedno nie ulega wątpliwości już dziś, reforma wprowadzająca organiczny zamęt w systemie dowodzenia będzie bardzo korzystna dla potencjalnego przeciwnika naszej armii. Dla Sztabu Generalnego WP, jednolitego dowództwa Wojska Polskiego rozumianego jako organ zdolny jeszcze przez kilka miesięcy dowodzić sprawnie obroną Polski, będzie to strzał w potylicę.


13 lip 2013

Gigantyczne niezapowiedziane manewry, tuż po ćwiczeniach z Chińczykami

Dzisiaj w nocy, niecały dzień po zakończeniu wspólnych ćwiczeń morskich z Chińczykami, Moskwa rozpoczęła kolejne ze swojej serii niezapowiedzianych manewrów, tym razem we Wschodnim Okręgu Wojskowym. Jak początkowo podano, bierze w nich udział 160 tys. żołnierzy, 1000 czołgów, 130 samolotów i helikopterów oraz 70 okrętów.  Rozkaz rozpoczęcia manewrów wydał na polecenie prezydenta Putina minister Szojgu o godzinie pierwszej czasu moskiewskiego, w nocy z piątku na sobotę.

W ramach tego "niezapowiedzianego sprawdzenia gotowości bojowej" przerzucono wojska wraz z uzbrojeniem (w tym czołgi, bwp, transportery opancerzone) na odległość średnio 3 tys. km między innymi z Chabarowska na wybrzeże Morza Japońskiego do portu Wanino. Stamtąd wojska przeprawiono za pomocą promów na Sachalin. W ćwiczeniach bierze udział lotnictwo dalekiego zasięgu i transportowe. Wiadomo że wystąpiły problemy z tankowaniem samolotów  na cywilnych lotniskach rozśrodkowania, mówił o tym minister Szojgu kierujący sprawdzianem z Centralnego Stanowiska Dowodzenia w Moskwie. Zarządzający lotniskami domagali się zapłaty za paliwo. Dowódca lotnictwa poinformował że odpowiednie fundusze na ten cel są w dyspozycji jego podwładnych. W niektórych epizodach ćwiczenia, w roli umownego przeciwnika mają wziąć również udział  jednostki Nowosybirskiego zgrupowania wojsk Centralnego Okręgu Wojskowego.

Rosyjskie media podkreślają że obecne ćwiczenia są częścią strategii mającej na celu wzmocnienie rosyjskich sił zbrojnych. W rzeczywistości nikt nie urządza tak szeroko zakrojonych ćwiczeń bez równie szeroko zakrojonych planów użycia sił zbrojnych. Wojska Wschodniego Okręgu Wojskowego składają się z czterech armii lądowych. Być może celem tej serii "niezapowiedzianych ćwiczeń" jest stopniowe przyzwyczajanie sąsiednich krajów do nagłego podnoszenia gotowości bojowej wojsk rosyjskich aby, w chwili gdy zostanie wydany rozkaz ataku, uzyskać efekt zaskoczenia. Przy tym można się tylko domyślać o których sąsiadów Rosji chodzi, na pewno nie są to Chiny. Wielkość ćwiczeń szybko rośnie i można się spodziewać że po Wschodnim Okręgu Wojskowym tak duże ćwiczenia będą przeprowadzone w Zachodnim Okręgu Wojskowym czyli na granicy między innymi z Polską i krajami bałtyckimi. Warto zwrócić uwagę na datę obecnych niezapowiedzianych manewrów - środek sezonu urlopowego, noc, początek weekendu. Gdyby to wydarzyło się przy granicy z Polską, większość naszej armii, nie mówiąc już o decydentach politycznych byłaby złapana z "opuszczonymi spodniami".

 Pierwsze od 20 lat "niezapowiedziane sprawdzenie gotowości" na tak dużą skalę miało miejsce w lutym tego roku w Centralnym Okręgu Wojskowym wzięło w nim wtedy udział 7 tys. żołnierzy. Obecne niezapowiedziane manewry są rekordowe jeśli chodzi o liczbę żołnierzy i jednostek uzbrojenia. Mają one potrwać tydzień. Skala tych manewrów jest niewyobrażalna i przewyższa wszystko co działo się od czasów podobnych ćwiczeń armii sowieckiej w 1979 roku w czasie wojny chińsko-wietnamskiej i w 1980 roku w czasie wydarzeń w Polsce. Po południu propaganda rosyjska spuściła z tonu i pisze "tylko" o "ponad 80 tysiącach" żołnierzy przy niezmienionej ilości sprzętu i uzbrojenia - (być może chodzi tu o pierwszy etap ćwiczeń) ale i tak nikt dzisiaj na świecie nie przeprowadza tak wielkich ćwiczeń. Dla porównania w niedawno zakończonych ćwiczeniach wojsk USA i 19 innych krajów w Jordanii łącznie wzięło udział 8 tys. żołnierzy.

Sojusz z Chinami

W dnaich 5 - 12 lipca odbywały się wspólne chińsko-rosyjskie manewry wojskowe sił morskich. Były to pierwsze wspólne ćwiczenia obu marynarek wojennych na tak dużą skalę. Ćwiczenia odbywały się w rejonie Morza Japońskiego w rejonie Wysp Kurylskich o które toczy się spór pomiędzy Rosją a Japonią. Rosja zaanektowała wyspy w 1945 roku już po zakończeniu II Wojny Światowej. Podczas manewrów chińska marynarka miała użyć 4 niszczycieli, 5 fregat i 1 okrętu zaopatrzeniowego. Ze strony rosyjskiej miało wziąć udział 12 jednostek pływających, w tym 1 okręt podwodny i 3 samoloty morskie. W ćwiczeniu brało udział także 5 śmigłowców.

Manewry odbywały się w okresie napięcia między Pekinem a Tokio w związku ze sporem o wyspy Senkaku (chińska nazwa Diaoyu) na Morzu Wschodniochińskim. Pierwsze chińsko-rosyjskie ćwiczenia morskie odbyły się w zeszłym roku. Agencja Associated Press podkreślała, że nigdy dotąd Chiny nie prowadziły ćwiczeń morskich na tak wielką skalę wspólnie z zagranicznym partnerem.

Wybór czasu i miejsca przeprowadzenia manewrów wskazuje że obie strony wykorzystują je nie tylko dla podniesienia zdolności wojsk do współdziałania ale też dla uzyskania efektu politycznego - wzajemnego wspierania się w rywalizacji z państwami trzecimi. 

Tego lata odbędą się jeszcze jedne zaplanowane manewry chińsko-rosyjskie. W dniach 27 lipca do 5 sierpnia na Uralu odbędą się kolejne już doroczne chińsko-rosyjskie manewry "antyterrorystyczne".
Celem tych działań jest dalsze zacieśnienie współpracy wojskowej pomiędzy oboma krajami. Tego typu przedsięwzięcia militarno-polityczne odbywają się systematycznie od 2005 roku, na mocy Szanghajskiej Organizacji Współpracy. Jest to organizacja polityczno-wojskowa zawiązana przez Rosję, Chiny, Kazachstan, Kirgistan, Tadżykistan i Uzbekistan.



Podsumowanie:

Po zakończeniu "niezapowiedzianego sprawdzenia gotowości" we Wschodnim Okręgu Wojskowym, rosyjskie ministerstwo obrony wydało podsumowanie w którym poinformowało że w manewrach wzięło udział:

-  12 związków szczebla operacyjnego: 
5 armii ogólnowojskowych (5, 29, 35, 41 armie), 4 dowództwa sił powietrznych (lotnictwa dalekiego zasięgu, lotnictwa transportowego oraz 2 i 3 dowództwa sił powietrznych i obrony powietrznej) i 3 dowództwa marynarki wojennej (Służby Pograncznej, Połączone Dowództwo Wojsk i Sił na Pónocnym Wschodzie FR i Nadmorska Flotylla Różnorodnych Sił).

- 47 związków taktycznych:
35 związków taktycznych wojsk lądowych (18DKmA, 36, 37, 38, 39, 59, 60, 64, 70, 74 brygady zmechanizowne, 5 Brygada Pancerna, 11 i 83 brygady desantowo-szturmowe, 155 Brygada Piechoty Morskiej, 54, 75, 80, 101, 104 brygady dowodzenia, 200, 305 brygady artylerii, 20, 103, brygady rakiet, 338 Brygada Rakietowo-artyleryjska, 8, 140 brygady rakiet przeciwlotniczych, 1, 16 brygady wojsk obrony radiochemicznej i biologicznej, 91 Brygada wojsk drogowych;
4 związki taktyczne sił powietrznych (6952, 6955, 6980, 6983 bazy lotnicze); 8 związków taktycznych marynarki wojennej (10 i 25 dywizje okrętów podwodnych, 114 Brygada Okrętów Ochrony Rejonu Wodnego,
19 Brygada Okrętów Podwodnych, 165 Brygada Okrętów Nawodnych, 100 Brygada Okrętów Desantowych, 36 Dywizja Okrętów, 520 Brzegowa Brygada Rakietowo-artyleryjska.

W ćwiczeniu wzięło udział 160 tys. żołnierzy, 130 saolotów i smigłowców, 70 okrętów, 12 tysięcy wozów bojowych i samochodów.

Do przewozu wojsk użyto 30 samolotów lotnictwa transportowego, wykonano 167 samoloto-lotów, przewieziono 8,5 tys. żołnierzy, 415 jednostek uzbrojenia i techniki wojskowej, 700 ton środków materiałowych;
Użyto 562 wagonów kolejowych, przwieziono 482 jedn. uzbr. i techniki wojskowej, 320 ton środków materiałowych;  Dla przewozy morzem 64 Brygady Żmechanizowanej uzyto 7 promów.

Rozwinięto 45 polowych punktów dowodzenia z tego pomocniczych: 2 okręgowych i 3 armijnych, głównych: 5 armijnych i 35 brygadowych;
Rozwinięto 380 składów polowych; Utworzono pływający most kolejowy o długości 200 m. powołano w trybie alarmowym 1000 rezerwistów (głównie brygady drogowej i batalionów drogowych i remontowo-ewakuacyjnych).

27 cze 2013

Plany reorganizaji US Army

Szef Sztabu Armii USA gen. Raymond Odierno ogłosił 25 czerwca plany  reorganizacji wojsk lądowych USA do realizacji w okresie lat podatkowych od 2014 do 2017.
General Odierno powiedział, że redukcje te są wynikiem ustawy budżetowej 2011, a nie obecnej sekwestracji budżetu, ale ostrzegł, że dalsze przedłużenie sekwestracji może doprowadzić do jeszcze głębszych cięć.


Głównym elementem reorganizacji będzie zmniejszenie liczby obecnych regularnych brygad bojowych (Brigade Combat Team - BCT) o 13 - z 45 do 32 (na razie ogłoszono szczególowe plany
odnośnie 12 brygad). Należy zauważyć, że głównym sposobem reorganizacji będzie długo oczekiwane przejście brygad pancernych i piechoty, ze struktury dwubatalionowej na trzybatalionową, tak że całkowita liczba regularnych batalionów ogólnowojskowych w armii amerykańskiej spadnie tylko o dwa - z 98 do 96 (lub 95). W brygadach zostaną także wzmocnione pododziały saperów i wsparcia ogniowego.

Zamiast obecnych 16 brygad pancernych (ABCT, były HBCT), 21 brygad Piechoty (IBCT) oraz ośmiu brygad Stryker (SBCT) wstępnie zakłada się mieć 12 brygad pancernych (ABCT), 14 brygad piechoty (IBCT) oraz siedem brygad Stryker (SBCT) . Jednak General Odierno powiedział że liczba jednostek ciężkich może być skorygowana w dół. Według nieoficjalnych danych, w perspektywie możliwe jest przeformowanie dwóch dalszych brygad pancernych w brygady piechoty i jednej brygady piechoty w brygadę Stryker.


Tak więc, struktura armii USA wraca do sytuacji istniejącej przed osławioną "Transformacją Armii" przeprowadzoną przez pomyleńca i zbrodniarza wojennego Donalda Rumsfelda (w 2003 roku, armia miała 33 regularnych brygad bojowych). Odpowiednio, liczba brygad w dywizji zostanie prawdopodobnie obniżona z czterech do trzech.


Z dziesięciu dywizji armii USA,  osiem przejdzie na strukturę trzybrygadową, 1 Dywizja Piechoty straci dwie brygady, a 25 Dywizja Piechoty (dawna lekka) zachowa cztery brygady. W związku z tymi zmianami liczebność wojsk ladowych USA spadnie z obecnych 570 tysiecy, do 490 tys. żołnierzy. 

Wiadomo, że dziesięć brygad planowanych do redukcji znajduje się w kontynentalnej części Stanów Zjednoczonych. Ponadto w  liczbę rozwiązywanych włączono dwie samodzielne brygady stacjonujące w Niemczech: 170 ВСТ (rozformowana w końcu 2012 roku) i 172 BCT (zostanie rozwiązana w październiku 2013). Planowane jest również rozformowanie jeszcze jednego BCT, ale konkretna brygada jeszcze nie została ustalona.

Mapa nowej dyslokacji

Więcej: http://www.army.mil/article/106373/Brigade_combat_teams_cut_at_10_posts_will_help___/

26 cze 2013

Czy proxy wojna w Syrii przekształci się w 3 Wojnę Światową ?

21 czerwca telewizja CBS News poinformowała że CIA od końca ubiegłego roku szkoli syryjskich rebeliantów w tajnych bazach w Turcji i Jordanii. Szkolenia obejmują wykorzystanie uzbrojenia przeciwpancernego i przeciwlotniczego dostarczonego przez kraje arabskie.

W tym tygodniu w Jordanii trozpoczęły się kolejne duże ćwiczenia w których bierze udział 8000 żołnierzy, w tym 4500 z USA a także 19 krajów arabskich i europejskich. Wcześniej, Biały Dom poinformował że wysłany do Jordanii sprzęt i uzbrojenie nie zostanie wycofany w całości po ćwiczeniach spowrotem do USA.

Biały Dom ogłosił w zeszłym tygodniu, że będzie dostarczać wsparcia wojskowego dla rebeliantów pod pretekstem wykrycia śladów użycia broni chemicznej. Jak jednak pokazało CBS, wysiłki militarne USA w Syrii trwają już od dawna.
Były też sygnały obecności od jakiegoś czasu żołnierzy wojsk specjalnych NATO, zarówno w Jordanii jak i w samej Syrii. 

Kilka dni temu władze Rosji zapowiedziały że wyślą Assadowi zamówione jeszcze przed wojną przeciwlotnicze zestawy rakietowe S-300, co rozwścieczyło Izrael. Po tym jak siły syryjskie wyparły rebeliantów z kilku miast, operetkowe władze na Kremlu nabrały odwagi i dały nieoficjalne sygnały że moga również wysłać swoich żołnierzy dla wsparcia Assada. Mowa była w tym kontekscie między innymi o żołnierzach oddziału specjalnego Zasłon. Tymczasem po cichu wycofały obsadę bazy w Tartusie.

Konflikt syryjski z obecnej wojny zastępczej USA i Izraela przeciwko Iranowi i Rosji, może się przekształcić w bezpośrednie starcie sił zbrojnych kilku mocarstw a ryzyko wymknięcia się sytuacji spod kontroli rośnie. Dotychczas, w tej "proxy-wojnie" są wykorzystywani, podobnie jak w Libii, najemnicy i bandyci Al Kaidy opłacani i uzbrajani przez rządy USA, Arabii Saudyjskiej i innych krajów regionu sprzymierzonych z USA. Po przeciwnej stronie, u boku rządu syryjskiego, stoi Iran ze swoimi bojownikami i Rosja ze wsparciem politycznym.  

W konflicie biorą również bezpośredni udział żołnierze izraelscy. 16 maja telewizja Fox News pokazała nagranie na którym widać objuczonych ciężkimi plecakami izraelskich żołnierzy wracających z misji na terytorium Syrii. Dziennikarze amerykańscy kręcąc film na granicy syryjskiej przypadkowo nagrali moment przechodzenia żołnierzy izraelskich ze strony syryjskiej na izraelską.  Jest to naruszenie rezolucji ONZ z 1973 r. która zezwala na przebywanie w tej strefie jedynie wojskom sił obserwacyjnych ONZ (UNDOF). Pojawiły się również doniesienia że Izrael uruchomił na swoim terytorium lecznicę i bazy zaopatrzeniowe dla terrorystów walczących przeciw Assadowi w Syrii.

Konflikt w Syrii rozpoczął się ponad dwa lata temu, kiedy amerykańskie i izraelskie służby specjalne zainicjowały rebelię przeciwko rządowi Baszara Assada. Do tej pory zginęło w nim około 100 tysięcy osób, a ponad milion zostało zmuszonych do opuszczenia swoich domów. 

 Wydaje się że wojna w Syri jest częścią szerszego zamysłu strategicznego grup kierowniczych w USA i Izraelu mającego na celu, poprzez inicjowanie kolejnych arabskich "kolorowych rewolucji", zmianę architektury bliskowschodniej. Chodzi o "libanizację" wszystkich przeciwników Izraela. Dla Izraela libanizacja, czyli skłócenie wewnętrzne, sąsiadów jest korzystniejsza niż stan dotychczasowy - jednolitych skonsolidowanych wewnętrznie państw.

Dzieje się tak między innymi z powodu rozwoju i coraz większej dostępności nowoczesnego uzbrojenia. Rozwój elektroniki i techniki rakietowej spowodował że bronie konwencjonalne dzięki niespotykanej dotąd precyzji osiągają możliwości dostępne dotąd tylko dla broni jądrowej małej mocy. Przy tym problem odległości rażenia dzięki bezpilotowcom praktycznie znika. Każdy kraj może się wyposażyć w broń o zasięgu kilku tysięcy kilometrów. Jednocześnie na światowych rynkach dostępne stają się systemy przeciwlotnicze i antyrakietowe które mogą pozbawić siły uderzeniowe Izraela dotychczasowej przewagi nad sąsiadami. Jeśli Syria dostałaby rosyjskie systemy przeciwlotnicze S-300 lub S-400, lotnictwo Izraela nie mogłoby dokonywać już tak bezkarnie rajdów jak w maju tego roku. W tej sytuacji ktoś w Izraelu uznał widoczne że lepiej mieć za przeciwnika małe grupki radykałów niż silne, dobrze uzbrojone państwa.

Być może zresztą ów zamysł strategiczny jest szerszy. Wiele wskazuje że zmiany te mają też doprowadzić, poprzez rozszerzenie się radykalizmu islamskiego, do przelania się konfliktu do Europy. Potwierdzałby to fakt że wśród najemników walczących przeciwko reżimowi Assada w Syrii, jest wielu obywateli krajów UE. Kiedy wojna w Syrii się zakończy, przeniosą oni dżihad do Europy niszcząc dotychczasową cywilizację i torując drogę nowemu niewolniczemu porządkowi światowemu. Dotychczasowy liberalny kapitalizm oparty na wartościach klasycznych wzbogaconych o etykę chrześcijańską nie jest na rękę wyznawcom kultu pieniądza. Europa ogarnięta konfliktem wewnętrznym pomiędzy Chrześcijanami a muzułmanami, w krótkim czasie stanie się łupem komunistów ze wschodu którzy wypatrują okazji do rewanżu za przegraną zimną wojnę. Pisząc o komunistach mam na myśli rosyjskich i chińskich praktyków systemu wyzysku i totalnej kontroli a nie tylko zwolenników zwietrzałej ideologii.

Ktoś mógłby wysunąć argument że Rosja jest za słaba i boi się Chińczyków dlatego nigdy się z nimi nie sprzymierzy przeciwko Europie. Nic bardziej błędnego. Jeśli przewodzące światu zachodniemu USA uznały że ich głównym przeciwnikiem w XXI wieku będą Chiny, to Rosja pod żadnym pozorem nie może stanąć po stronie USA w tej wojnie. Po prostu ma zbyt długą granicę z Chinami żeby ryzykować starcie z, wkrótce już, pierwszą potęgą świata. A jeśli, sprzymierzona z USA, Europa pogrąży się w chaosie, to Chiny nie bedą mogły nie skorzystać z okazji żeby uderzyć w słaby punkt przeciwnika.

12 cze 2013

Nie atak z kosmosu, tylko atak na Gruzję

Okazało się że dziwne manewry rosyjskich wojsk obrony powietrznej były osłoną dla operacji przesuniecia granicy z Gruzją. Tego samego dnia kiedy zaczęły się manewry, wojska rosyjskie jednostronnie przesunęły granicę z Gruzją na granicy gruzińsko-południowoosetyjskiej o 300 metrów stawiając nowe słupy i rozciągając druty kolczaste. Gruzini mieszkający w pasie przygranicznym twierdzą, że zabrano im cześć pól uprawnych. Linia rozgraniczająca w tym rejonie pojawiła się po gruzińsko-rosyjskiej wojnie z 2008 r. Nieśmiałe protesty i popiskiwania gruzińskiego MSZ zostały ledwo odnotowane przez agencje prasowe.