3 kwi 2013

Jak w czasach zimnej wojny

 Już na jesieni poczujemy się jak w czasach zimnej wojny. Wojska NATO będą w Polsce ćwiczyć scenariusz obrony Estonii, a Rosja i Białoruś blisko polskiej granicy przećwiczą wariant prewencyjnego ataku jądrowego na Warszawę.

Od początku roku rośnie napięcie pomiędzy Rosją i NATO. Rosjanie i Białorusini szykują się do ćwiczeń "Zapad 2013", z kolei Polska i niektórzy jej sojusznicy przygotowują się do manewrów Steadfast Jazz 2013, które odbędą się na terytorium Polski, Litwy i Łotwy.

Moskwa i Mińsk chętnie sięgają po militarną retorykę. "My nikomu nie zamierzamy grozić. My nie traktujemy żadnego państwa jako swojego przeciwnika. Działamy otwarcie i konsekwentnie, stawiając akcent na kolektywną obronę. Chodzi o zdolność do obrony, można by rzec, wspólnej armii Białorusi i Rosji oraz regionalnego zgrupowania wojsk na odcinku zachodnim" tłumaczył specyfikę manewrów prezydent Łukaszenka. Białoruskie służby prasowe przekazały też wczoraj, że państwa OUBZ (Organizacja Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym - militarne ramię WNP - postsowiecki twór grupujący Rosję, Kazachstan, Białoruś i kilka innych państw z terenu byłego ZSSR) zakończyły etap planowania w tworzeniu wspólnych sił powietrznych. Tworzenie wspólnych sił powietrznych uzgodniono w XII 2012r. podczas spotkania tak zwanej "Rady Bezpieczeństwa" OUBZ. Podobny zakres integracji mają wkrótce przejść wojska specjalne. 

Z kolei rosyjskie ministerstwo obrony już wcześniej sygnalizowało, że nie podoba mu się coraz większe zaangażowanie NATO w Polsce i innych nowych państwach NATO. Chodzi o dotacje natowskie do remontu kilku lotnisk i składów paliwowych oraz modernizację radarów wczesnego ostrzegania. "Musimy to wziąć pod uwagę w naszej doktrynie wojskowej", mówił wiceminister obrony Rosji, Aleksander Gruszko.

Nikt tego oficjalnie nie potwierdza, ale trudno nie uznać manewrów "Zapad 2013" za próbę rywalizacji z NATO. Wprawdzie wspólne ćwiczenia wojska białoruskie i rosyjskie prowadzą od 2004 roku, natomiast armie krajów tworzących sojusz północnoatlantycki nie urządzały wspólnych manewrów od roku 1993 (wtedy odbyły się ostatnie manewry Reforger - flagowe manewry NATO czasów zimnej wojny, które organizowano rokrocznie od 1969 r.), ale mimo wszystko to bardziej Moskwa i Mińsk częściej porównują się z sojuszem, a nie na odwrót. Nie przypadkiem OUBZ nazywana jest (przez samych sygnatariuszy tego układu) "rosyjskim NATO".

Scenariusz "Zapad 2013" jest nieznany. Według krążących nieoficjalnymi kanałami informacji weźmie w nich udział ok. 20 tys. żołnierzy (w manewrach NATO będzie ich ok. 3 tys.). Mówi się, że jednym z ćwiczonych wariantów będzie prewencyjne uderzenie atomowe na Warszawę. Specjaliści nie wykluczają również wzbogacenia tych manewrów o próby naruszenia polskiej cyberprzestrzeni. W przeszłości byliśmy też świadkami grożenia Polsce rosyjskimi rakietami Iskander, które znajdują się w obwodzie kaliningradzkim.

W 2007 roku, kiedy sztaby generalne Polski i Białorusi niezależnie od siebie przeprowadziły symulację konfliktu pomiędzy obydwoma państwami, wynik był jednoznaczny: wojska białoruskie w ciągu kilkunastu godzin znalazły się się nad Wisłą i zagroziły Warszawie. Ostateczną ich rubieżą były okolice Łodzi. Władze w Mińsku uznały że w wyniku mediacji NATO, UE oraz Rosji doszłoby do zawieszenia broni. Nasi partnerzy z UE i NATO zapewne nalegaliby na zawieszenie broni i pokojowe rozwiązanie konfliktu. Polski rząd, pozostawiony sam sobie, prawdopodobnie musiałby się na to zgodzić. Kosztem utraty części terytorium. Pomimo tego, i pomimo ataku Rosji na Gruzję rok później, rząd w Warszawie nie podjął żadnych wysiłków dla zwiększenia zdolności do obrony. Przeciwnie - jeszcze bardziej zredukowano armię i wprowadzono uzawodowienie, które trzeba odróżnić od profesjonalizacji - z tą ostatnią nie ma ono nic wspólnego. Nie udało się też zachęcić NATO do bardziej aktywnego zaangażowania się w  obecność militarną w Polsce. Stare państwa NATO bardzo ostrożnie podchodzą do współpracy z nowymi krajami członkowskimi.

NATO po rozpadzie bloku wschodniego stało się organizacją bardzo ospałą i reagującą niezwykle wolno na różnego rodzaju sytuacje konfliktogenne. Widać to było na przykładzie Turcji. Pod koniec grudnia sojusz zdecydował, by rozmieścić w tym kraju baterie pocisków przeciwlotniczych i przeciwrakietowych Patriot, by chronić ją przed atakiem powietrznym z Syrii - była to reakcja na zapowiedź użycia przez Damaszek broni chemicznej. Mimo że taka reakcja wydaje się jak najbardziej oczywista, to jednak taką była tylko z pozoru - NATO potrzebowało kilku miesięcy, by ją podjąć.

Ewentualna decyzja o wysłaniu pomocy dla Polski czy innych krajów graniczących z krajami WNP będzie jeszcze trudniejsza, należy się więc spodziewać, że zajęłaby jeszcze więcej czasu. Generał Waldemar Skrzypczak mówił w ubiegłym roku, że na pomoc wojsk NATO Polska może liczyć dopiero po 3 miesiącach od momentu rozpoczęcia konfliktu. Do tego czasu musi powstrzymywać przeciwnika samodzielnie. Tymczasem według ocen ekspertów, obecne Wojsko Polskie mogłoby się bronić zaledwie kilka dni.

Na podstawie www.rp.pl, www.polskatimes.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz