27 gru 2014

Porównanie modułów bojowych

Polski zdalnie sterowany moduł bojowy ZSSW-30 (od Zdalnie Sterowany System Wieżowy z armatą 30mm) przeznaczony dla nowej partii transporterów kołowych Rosomak i gąsienicowych bwp Borsuk. Opracowywany według założeń MON, ma zawierać 200 nabojów do armaty 30 mm i 400 nabojów do sprzężonego z nią karabinu maszynowego 7,62 mm oraz 2 ppk Spike LR w zewnętrznych kontenerach-wyrzutniach. Kąt podniesienia armaty -10 +60 stopni. Moduł opracowały wspólnie HSW i WB Electronics. Grafikę pokazano w czerwcu, a we wrześniu 2014 roku, na targach w Kielcach pokazano jej makietę na transporterze Rosomak.



Rosyjski zdalnie sterowany moduł bojowy "Epoka" również z armatą 30 mm, przeznaczony dla nowych rosyjskich wozów piechoty: kołowego 8x8 Bumerang, i gąsienicowego, pływającego bwp Kurganiec-25 (gdzie 25 oznacza masę wozu w tonach). W przyszłości moduł ma również być uzbrojeniem ciężkiego bwp opracowywanego na platformie "Armata". Prace nad rosyjskim modułem rozpoczęto wcześniej niż nad polskim. Pierwsze rysunki zbliżone do rzeczywistości pokazano rok wcześniej, w sierpniu 2013 roku. Kilka miesięcy później pokazano zdjęcia prototypu. Czym różni się moduł rosyjski? Uzbrojenie ma podobne - armata 30 mm, sprzężony 7,62 mm karabin maszynowy i wyrzutnie ppk. Jednak ilość amunicji jest zdecydowanie większa. Do armaty 30 mm przewidziano 500 nabojów, do karabinu 7,62 mm - 2000 nabojów i 4 ppk "Kornet" w pojemnikach-wyrzutniach po obu bokach modułu. Same ppk też są cięższe - mają zasięg do 10 km, podczas gdy Spike LR tylko 4 km. Kąt podniesienia armaty do +70 stopni.

Wydaje się że zapas amunicji znajdującej się wewnątrz modułu ZSSM-30 jest zdecydowanie za mały. Przypomnijmy że w taśmach wieży Hitfist 30P jaka znajduje się w Rosomaku, jest 250 nabojów 30 mm. Nowa wieża ma ich mieć o 50 mniej. Zwłaszcza 400 nb. 7,62 mm wydaje się ilością zbyt małą. Czołg T-72 ma jednostkę ognia 2000 nabojów 7,62 mm. Oczywiście część amunicji może być też przewożona wewnątrz kadłuba razem z desantem. W Rosomaku jest 750 nabojów 7,62 mm, co też nie jest liczbą zbyt dużą. Zastanawiające jest dlaczego MON dał tak małe wymagania odnośnie amunicji. Rosjanie pokazują że można więcej, ale oni znani są z dopracowanych do perfekcji konstrukcji, zwłaszcza pod względem zwartości. My ciągle musimy być wśród doganiających i chyba tam pozostaniemy, jeżeli już na starcie nie stawiamy sobie nawet takiego celu żeby dogonić. Początkowo polski moduł miał mieć oprócz armaty 30 mm, 2 karabiny maszynowe: 7,62 mm i 12,7 mm, ale z tego ostatniego też zrezygnowano. Może i słusznie, jeśli ilość amunicji byłaby jeszcze mniejsza.

26 gru 2014

Rosyjskie czołgi na Ukrainie


 Czołg T-64BW - Najpierw w Centralnej Bazie Rezerwy Czołgów nr. 2544 w Kraju Krasnojarskim (Rosja), potem w Donbasie (Ukraina). Oczywiście "kupiony w sklepie wędkarskim". Nb. ta baza to, według rusko-polskich trolli militarnych i wyrośniętych gimbusów, takie leśne złomowisko, bo Rosja ma tylko 2300 czołgów, reszta to "bezużyteczny złom".

A tu inny "bezużyteczny złom" - jaki przyjechał ostatnio do Ługańsk w "humanitarnym konwoju".
(fot. via Twitter)

Ogółem z Rosji na okupowane tereny wschodniej Ukrainy jak obliczyli dziennikarze wydania "Słowo i dieło", w oparciu o informacje Rady Bezpieczeństwa Narodowego, w listopadzie były tylko 3 dni w których przez rosyjską granicę nie przejechał na Ukrainę żaden większy konwój z bronią.

Przegląd uzbrojenia oraz siły żywej (20 autobusów) jakie Rosja dostarczyła do strefy walk
 w Donbasie od 30 października do 9 grudnia, a więc już po podpisaniu rozejmu. 

Oprócz techniki bojowej i ludzi, do Donbasu docierał także sprzęt pomocniczy.
Całą grafikę można obejrzeć tu.


25 gru 2014

Bombki pod choinkę

 W Święta Bożego Narodzenia i na Nowy Rok, życzmy naszym żołnierzom tradycyjne wszystkiego najlepszego. Czyli - najlepszego uzbrojenia i amunicji!

 PERM - amunicja moździerzowa 120mm, 
naprowadzanie bezwładnościowe + GPS, 
zasięg do 18km.

 BONUS - 155mm pociski do haubic
 z 2 podpociskami naprowadzającymi się na sygnaturę podczerwieni.
Podpociski opadając, samodzielnie szukają celu
 i niszczą go wybuchowo formowanym penetratorem o przebijalności 100mm,
 atakując górny, najsłabszy pancerz czołgu. Zasięg do 35km.

Switchblade - dron typu kamikaze. 
Przenoszony przez pojedynczego żołnierza w pojemniku o długości 61cm. 
Waży razem z pojemnikiem-wyrzutnią 2,7kg. Może operować w promieniu do 10km, 
dostarczając informację rozpoznawczą i niszcząc wykryty cel 
lub wracając do ponownego wykorzystania. Przeznaczony dla szczebla pluton-kompania.
Może być sterowany z tej samej stacji kontroli co RQ-11 Raven, czy RQ-20 Puma. 

Spike NLOS - ppk o zasięgu 25km. Sterowanie światłowodem lub radiowo,
wspomagane przez GPS i INS. Masa pocisku -63kg, długość - 1,8m.


Pancerfaust 3 - ręczny granatnik przeciwpancerny.
Masa - 12,8 - 14,3kg, przebijalność - 400-900mm,
zasięg - do 600m.


I wreszcie broń najsilniejsza, dostępna bez pozwolenia i za darmo.
Wszystko inne to tylko konieczne uzupełnienie. (fot. Reuters)


I pamiętajcie: Nie oszczędzać amunicji!

17 gru 2014

Tajne ćwiczenia w rejonie Królewca

W dniach 5-10 grudnia w rejonie Królewca odbyły się niezapowiedziane manewry sił zbrojnych Rosji. 
W ćwiczeniach wzięło udział 9 tysięcy żołnierzy, ponad 640 pojazdów w tym 250 czołgów, 100 dział i wyrzutni rakiet, 55 okrętów oraz 40 samolotów i śmigłowców. O ćwiczeniach poinformował rzecznik Sztabu Generalnego gen. A. Kartapołow tydzień po ich zakończeniu. Rosja po raz kolejny pokazała że jest w stanie w sposób skryty przerzucić duże siły transportem powietrznym.

Na czas ćwiczeń do eksklawy Królewieckiej z głębi Rosji przerzucono brygadę powietrznodesantową i brygadę rakietową. Ta ostatnia wyposażona była w rakiety balistyczne Iskander-M. Przerzut brygady rakietowej w sposób skryty mógł być demonstracją i swoistą odpowiedzią na planowane podpisanie przez polski MON umowy w sprawie zakupu w USA pocisków AGM-158 JASSM. Przypomnijmy że o wyrażeniu zgody przez USA na eksport tych pocisków było wiadomo już na początku października. O planach podpisania umowy 11 grudnia w Polsce, informował portal polskazbrojna.pl już 2 grudnia. Władze Rosji miały wiec dość czasu by zarządzić owe "niespodziewane manewry". Mimo to godna podziwu jest sprawność z jaką przeprowadzono tę operację. Rosjanom należą się brawa za skrytość. Fakt przerzutu brygady Iskanderów, liczącej ponad 100 pojazdów, pozostał nie wykryty przez siły NATO podobnie jak ich powrót w głąb Rosji. Podobnego wyczynu dokonali Rosjanie na początku roku zajmując Krym, również z wykorzystaniem wojsk powietrznodesantowych przerzuconych na jedno z lotnisk na Krymie oraz specnazu.

Co prawda Litwa zaobserwowała wzrost aktywności rosyjskiej marynarki wojennej na Bałtyku (mówiono o 20 okrętach) oraz lotnictwa (incydenty z Tu-95 i Tu-22) i sił lądowych Rosji już 6 grudnia podnosząc stan gotowości własnych wojsk dwa dni później, ale do końca nie był znany charakter działań Rosji. Polska zareagowała z opóźnieniem, słowami ministra Siemoniaka o "bezprecedensowej aktywności" Rosji w rejonie Bałtyku. Mówił on o "incydentach na morzu" ale o Iskanderach nie wspomniał. Żeby było śmieszniej, Siemoniak wyraził swoje "zaniepokojenie" dopiero 11 grudnia, a więc dzień po zakończeniu manewrów. Wcześniej co prawda wypowiedział się Szef SGWP generał Gocuł, który 8 grudnia przechwalał się atakiem naszych JASSM-ów (których chwilowo nie posiadamy), na ośrodek dowodzenia "zielonymi ludzikami", ale jego wypowiedź wygląda raczej na część rosyjskich manewrów niż polskiej reakcji.

Najbardziej zdumione możliwościami Rosji są polskie lemingi z forów militarnych. Stosują oni prosty mechanizm wyparcia, odrzucając fakt przerzucenia dużej ilości wojsk i sprzętu  jako "wymysł rosyjskiej propagandy". A przecież był czas się przyzwyczaić. Choćby podczas manewrów we Wschodnim Okręgu Wojskowym, w lipcu ubiegłego roku kiedy to do przewozu wojsk użyto 30 samolotów lotnictwa transportowego, wykonano 167 samoloto-lotów, przewieziono 8,5 tys. żołnierzy, 415 jednostek uzbrojenia i techniki wojskowej, 700 ton środków materiałowych. Wykorzystywano również zmobilizowane samoloty cywilnych firm transportowych. Wojska transportem kolejowym pokonywały 1000 km na dobę (przy normie 650 km na dobę).

 Miejmy nadzieję że takie manewry Rosji zaczną powoli otwierać oczy politykom w Polsce co pozwoli przyspieszyć modernizację naszej armii. Natomiast militarnych fanbojów nadal śniących o redukcji polskiej armii do rozmiarów kilku brygad, ale za to zapiętych na ostatni guzik i wyposażonych w ich ukochany model czołgu, właściwi specjaliści wyślą litościwie na leczenie do właściwego sanatorium.

Kamuflaż


Kamuflaż rosyjskiej stacji zakłóceń elektronicznych Murmańsk. Zdjęcie zrobione podczas ćwiczeń w Obwodzie Kurskim w tym roku.

Choć wzór graficzny inny, to kolory prawie identyczne jak w kamuflażu stosowanym przez Wojsko Polskie. Przy czym trochę inne od natowskiego. W kamuflażu polskim od niedawna zmieniono kolory. Typowo natowski ciemny brąz, zastąpiono beżem. Dlaczego rosyjska stacja zakłóceń ma kamuflaż podobny do polskiego? Sprzęt naziemny armii rosyjskiej był malowany w ciekawym kamuflażu dającym wrażenie trójwymiarowości, z małymi plamami bieli i czerni. Jakiś czas temu miał wyjść rozkaz ujednolicenia malowania do koloru khaki. Jak dotąd jednak tego nie widać. Przeciętny polski cywil, widząc ten pojazd prawdopodobnie nawet by nie pomyślał że jest to pojazd Armii Rosyjskiej. I o to chodzi. Stacje zakłóceń często będą działać w ugrupowaniu przeciwnika więc nic dziwnego że maskuje się je tak, żeby przypominały sprzęt przeciwnika. Tylko dlaczego tym przeciwnikiem jest właśnie armia Polski a nie na przykład Litwy lub Estonii?

 Dla porównania kamuflaż polski, z przodu nowy, z tyłu stary, natowski.

Dlaczego w Polsce zastąpiono kamuflaż natowski z brązowymi plamami kamuflażem z plamami beżowymi, to opowieść na oddzielny artykuł. Stało się to za rządów Donalda Tuska i prawdopodobnie miało związek z wycofywaniem się USA z Europy. Mniej więcej wtedy B. Komorowski, po wyborze na prezydenta, miał swoje słynne freudowskie przejęzyczenie "wychodzimy z NATO". Zdaje się że nasi władcy uznali że teraz będziemy tak po środku, jedną nogą w NATO, a drugą w nieformalnym sojuszu z Rosją. To lawirowanie skończyło się panicznym powrotem pod skrzydełka NATO po najeździe Rosji na Ukrainę.

11 gru 2014

Idiotyczny blef MON


 Dziś przedstawiciele MON podpisali na lotnisku w Krzesinach umowę o kupnie pocisków JASSM i pakietu modernizacyjnego dla polskich samolotów F-16 za 250 mln dol. Ma być kupione 40 pocisków AGM-158 i pakiet modernizacji, obejmujący uaktualnienie oprogramowania do wersji M6.5 (obecnie mają wersję M4.3) co umożliwi przenoszenie "najnowszych rodzajów uzbrojenia" jak podaje MON. Pierwsze pociski trafią do Polski za 2 lata. Zmodernizowana ma być też część urządzeń pokładowych samolotów, w tym systemy walki elektronicznej, IFF i symulacji bojowej. Pierwsze samoloty powinny być unowocześnione w 2 połowie 2016 roku.

Osiągnięcie wstępnej gotowości operacyjnej przewiduje się w marcu 2017 roku. Jest to ważne bo pomimo tak odległego terminu, MON uruchomił festiwal propagandowej tromtadracji. Przedstawiciel firmy Lockheed Martin podpisał dokument już wcześniej, nie ruszając się z USA. Ze strony polskiej papier podpisał szef Inspektoratu uzbrojenia gen. bryg. S. Szczepaniak w obecności ministra Siemoniaka, ambasadora Mulla, Inspektora Generalnego RSZ i Szefa SGWP. Tylko po to, żeby oficjele mogli sfotografować się na tle wojska, do hangaru, spędzono 12 pilotów samolotów F-16. Mieli oni miny skazańców z filmu "Parszywa dwunastka" i nie należy im się dziwić. Jak zwykle zasady bezpieczeństwa żołnierzy MON ma głęboko poniżej pleców. W Izraelu twarze pilotów samolotów uderzeniowych czy żołnierzy sił specjalnych są chronione, u nas robią za tło dla występów polityków. Ale same twarze pilotów panu Siemoniakowi nie wystarczyły, w hangarze ustawiono też makietę pocisku z wielkim napisem "JASSM-ER". Wydaje się że MON chce stworzyć wrażenie że te pociski już są na wyciągnięcie ręki, tymczasem amerykanie nikomu jeszcze tej wersji nie sprzedali.

Wczoraj prowadzący profil 2 Skrzydła Lotnictwa Taktycznego na Facebooku, podając informację o planowanej na dziś uroczystości, napisał że
"W ramach kontraktu Polska nabędzie 40 pocisków AGM-158B JASSM, dwa bojowe AGM-158A, dwa szkolne pocisk AGM-158A oraz kolejne dwa pociski, które posłużą do przeprowadzenia prób certyfikacyjnych".
 Dopytywany przez jednego z internautów, czy nie zaszła pomyłka, bo Polska miała kupić AGM-158A o zasięgu 370 km a o AGM-158B który ma zasięg według Wikipedii 1000 km, dopiero się stara, odpowiedział tajemniczo, że to Wikipedia się myli (rzeczywiście okazało się że tekst był skopiowany z Wikipedii). Zamieszanie stało się tym większe że monowska "Polska Zbrojna" w swym artykule o podpisaniu kontraktu, starannie unikała podawania typu zakupionych pocisków, pisząc tylko ogólnie o "AGM-158 JASSM".

Wygląda to na akcję PR albo jakąś zabawę z Moskwą, biorąc pod uwagę wynurzenia z przed kilku dni szefa SGWP generała Gocuła. Powiedział on w wywiadzie dla Gazety Wyborczej:
- Pocisk JASSM ma zasięg 370 km. Jest właściwie  niewykrywalny, samolot może go odpalić poza zasięgiem współczesnej obrony przeciwlotniczej. A jego znaczenie wyjaśnię na przykładzie. Abstrahuję tu od jakiegokolwiek kraju. Jeśli w Polsce pojawią się "zielone ludziki", to na jednego wystarczy straż graniczna, na kilku - policja, na oddział potrzebne jest wojsko. Jeśli będziemy mieć tego rodzaju pociski, to możemy łatwo przerwać tę zabawę i uderzyć w to miejsce, które decyduje o wysyłaniu "zielonych ludzików". Przeciwnik zdaje sobie sprawę, że trudno mu będzie temu zagrożeniu przeciwdziałać. Dlatego się zastanowi, zanim w ogóle rozpocznie tę grę.  
 Wypowiedź ta jest zdumiewająca. Jeżeli chodzi o pociski o zasięgu 370km, czyli wersję A,  to pogróżka pana Gocuła nie powinna odnosić się do Rosji, chociaż wyraźnie się do niej odnosiła. Moskwa leży bowiem za daleko od granic NATO (ponad 600 km od najbliższej granicy z Łotwą). Oczywiście samoloty F-16 mogą wlecieć w przestrzeń powietrzną Rosji i dopiero wtedy wystrzelić pociski JASSM. Podnosi to jednak znacznie ryzyko takiej operacji bo traci się walor zaskoczenia wynikający z właściwości stealth samego pocisku. Wypowiedź pana Gocuła miałaby jakiś sens gdyby przyjąć że kupujemy AGM-158B który ma zasięg około 1000km. Możliwe byłoby wtedy porażenie celów w Moskwie pociskami wystrzelonymi znad terytorium Polski gdzieś w okolicy Suwałk lub Białegostoku.

 Tylko po co o tym mówić teraz, 2 lata przed faktycznym osiągnięciem zdolności do użycia pocisków? Na to pytanie znają odpowiedź chyba tylko sami politycy i generałowie MON. No, może jeszcze ktoś w Moskwie. Nasi władcy słabo znają się na polityce światowej i obowiązujących w niej regułach. Gdyby uważnie śledzili np. stosunki amerykańsko-rosyjskie, wiedzieliby że mocarstwu jądrowemu nigdy nie grozi się wprost, użyciem siły. Wyjątkiem był prezydent Reagan, który kiedyś powiedział że właśnie wydał rozkaz ataku jądrowego na ZSRS, ale to był tylko żart i Reagan miał realne atuty w ręku. Moskwa wiedziała że atak na USA byłby dla niej samobójstwem.

Trudno tymczasem spodziewać się że Rosja przestraszy się pobrzękiwania szabelką pana Gocuła czy innych oficjeli MON. Zwłaszcza że zamiast szabelki, mają tylko papier. Takie pobrzękiwanie szabelką byłoby natomiast dobrym alibi dla Putina do ataku na Polskę zanim wejdzie ona w posiadanie tych rakiet. Jest jeszcze jeden powód dla którego takie wypowiedzi są Moskwie na rękę. Putin właśnie wprowadza na uzbrojenie zestawy Iskander-K wyposażone w pociski manewrujące o zasięgu prawdopodobnie kilku tysięcy km, które łamią traktat INF. Wypowiedzi naszych władców są dla niego w tej sytuacji jak prezent pod choinkę. Wypowiedzi bez faktycznego posiadania atutu w ręku.

Ostatnia edycja 12 grudnia 2014.

9 gru 2014

Z Archiwum X czyli skąd się wzięły kłopoty z NSR

Taka ciekawostka historyczna. Artykuł z Gazety.pl mówiący jakie były plany MON odnośnie liczby żołnierzy po uzawodowieniu armii. Pochodzi z 22. 09. 2008 roku.

"Zaciągnij się. Do wojska...
Jacek Kowalski
22.09.2008 , aktualizacja: 22.09.2008 15:42

- Polska armia liczy teraz około 124 800 żołnierzy - mówi płk Cezary Siemion, dyrektor Departamentu Prasowo-Informacyjnego MON. (...) A jak ma być po 2009 r.? - Chcielibyśmy, aby docelowo w wojsku polskim służyło 120 tys. żołnierzy. Z czego - jak planuje ministerstwo - 110 tys. to byliby żołnierze zawodowi, już nie z poboru, a pozostałych 10 tys. to byłyby tzw. Narodowe Siły Zbrojne. Czyli... - Byłaby to ochotnicza służba utrzymywana w rezerwie. Przydawałaby się na potrzeby reagowania kryzysowego, jak również dla wzmocnienia jednostek wojskowych w czasie wojny. Służba ta byłaby odbywana na podstawie kontraktów, głównie przez żołnierzy zwolnionych z czynnej służby wojskowej." 

Takie były początkowe założenia armii zawodowej i NSR.
Pomijając pomyłkę w nazwie NSR, jako zupełnie nieistotną, zwróćmy uwagę na tekst pogrubiony. Mowa była o 110 tysiącach etatów żołnierzy zawodowych. Obecnie armia liczy tylko 100 tysięcy żołnierzy zawodowych (teoretycznie bo w rzeczywistości trochę mniej). Razem z NSR zaś, mowa była o 120 tysiącach. Jest to również obecnie obowiązująca liczba etatów łącznie z NSR, jednak zmieniła się liczba żołnierzy zawodowych. Ubyło ich 10 tysięcy w stosunku do planów początkowych. Za to NSR urosło "aż" do 20 tysięcy. Niestety tylko teoretycznie. W rzeczywistości NSR liczy tylko 10 tysięcy rezerwistów, czyli "pozostało" takie jak planowano pierwotnie, i wciąż nie może osiągnąć zakładanych 20 tysięcy z powodu niezrozumiałych "trudności obiektywnych". Jest to tym bardziej dziwne, że zgłaszających się do służby jest ciągle bardzo dużo (na przykład w poznańskim WKU, 40 na 1 miejsce).

Początkowe plany rządu związane z uzawodowieniem zakładały zresztą jeszcze wyższą liczbę żołnierzy - 120 tysięcy zawodowych i 30 tysięcy NSR. Niestety był to rząd PiS który podał się do dymisji w związku z utratą większości w sejmie. Jego następcy zaś za wszelką cenę chcieli te plany przelicytować w dół, kierując się wyłącznie tanim populizmem.

W sumie mamy więc mniej niż 110 tysięcy żołnierzy-ochotników łącznie z NSR. Dlaczego tak się stało? Ano tak zdecydowali spece od PR rządu Donalda Tuska. Wyliczenia specjalistów Sztabu Generalnego zostały wyrzucone do kosza bo liczba 100 tysięcy łatwiej wpada w ucho wyborcom. Jest w związku z tym lepsza jako slogan propagandowy niż liczba 110 tysięcy. Ot i cała tajemnica. A to że 110 tysięcy było potrzebne do sprawnego działania jednostek wojskowych? - Kogo to w rządzie PO-PSL obchodziło i obchodzi?! Ktoś znający historię, jak na przykład magister historii Tusk, mógłby oprócz tego, w tej liczbie widzieć jeszcze analogię do 100 tysięcznej zawodowej Reichswery jaką wolno było mieć Niemcom po klęsce w 1918 roku. Ale oczywiście, to byłyby "odmęty szaleństwa" a nie na przykład celowo utkany symbol, by stał się powodem do kpin z Polski na światowych salonach i wskazywał "kto tu rządzi" oraz jaki jest status Polski.

Dziś, przez takie rządy PR-owców, ciągle są problemy z brakami kadrowymi jednostek i to nie tylko na wschodzie kraju. Nie ma skąd brać żołnierzy do rozwijanej 34 Brygady Pancernej z Żagania, więc oddelegowało się ich z pobliskiego Świętoszowa, z 10 Brygady Kawalerii Pancernej. A że w ten sposób zdolność bojową straciła 10 Brygada a 34 de facto jej nie uzyska, to znowu, w odpowiedzi słychać tylko starą śpiewkę PR-owców Tuska "Polacy, nic się nie stało".

Najlepiej mieć monopol w mediach i udawać że nic się nie stało, zamieść pod dywan, albo jak ostatnio gen. Gocuł w wywiadzie dla Gazety Wyborczej, wprost nawoływać do karania za wypowiadanie niewygodnych opinii. Ten wywiad jest zresztą na tyle kuriozalny że zasługuje na osobne omówienie. Pan Gocuł groził w nim Rosji (choć nie wymienił jej z nazwy ale adresat jest oczywisty), za ewentualne wejście "zielonych ludzików" do Polski, odwetem w postaci ataku pociskami JASSM na Kreml. Czy może być lepszy dowód politycznej głupoty i strategicznej nieodpowiedzialności? Co pan Gocuł chciał tą pogróżką osiągnąć? Chyba tylko wstrzymanie przez USA podpisania umowy na dostawę tych pocisków. Pan Gocuł powinien się przyjrzeć jak ostrożnie obchodzą się z Rosją mocarstwa takie jak USA, czy Francja a z wywiadami dla prasy więcej by nie wychodził. Czy pan Gocuł pomyślał jaki byłby następny krok Rosji? Raczej nie, co dowodzi że zupełnie nie nadaje się na swoje stanowisko. A jeżeli pomyślał, to tym bardziej.

Innym problemem NSR jest brak chętnych do służby wśród żołnierzy którzy odbyli służbę czynną. Wynika to z niskich wynagrodzeń i zbyt niskiej częstotliwości ich wypłacania. W tej chwili rezerwiści ochotnicy dostają pieniądze wyłącznie za odbyte ćwiczenia a nie za pozostawanie w gotowości tak, jak to jest w renomowanych armiach naszych sojuszników. Z kolei duża liczba ochotników bez przeszkolenia zgłaszających się do WKU jest odsyłana z kwitkiem bo MON przyjął zbyt ograniczone limity przeszkalania w służbie przygotowawczej. Wszystko z powodu fatalnej liczby 100 tysięcy którą zauroczył się rząd. Na dłuższą metę będzie to skutkować katastrofalnym spadkiem liczby przeszkolonych rezerwistów.

Niestety próby rozwiązania problemów z NSR nie napawają optymizmem. Grupa generała Packa przygotowała projekt utworzenia z NSR batalionów wojewódzkich OT. Jest to jeszcze bardziej szkodliwy pomysł niż to co jest dziś. Takie bataliony potrzebują bowiem oddelegowania żołnierzy zawodowych do dowodzenia nimi. Spowoduje to więc jeszcze większe braki kadrowe. Doprawdy nie potrzeba rosyjskich "zielonych ludzików" żeby położyć nasz kraj na łopatki. - Wystarczą ci, co nami rządzą. Tylko "JASSMów" na nich niestety ciągle nie ma.

2 gru 2014

Odbudujmy 1 Dywizję



    Po internecie i w obiegu publicznym krąży wypromowane hasło "odbudujmy Armię Krajową". Jest to pomysł chwytliwy, ale z wielu powodów niepraktyczny. Przede wszystkim konflikt na wielką skalę grożący okupacją całego kraju jest mało prawdopodobny. Bardziej prawdopodobny jest konflikt lokalny ograniczony do działań na obszarze kilku województw. AK rozproszona kompaniami czy batalionami po wszystkich powiatach oznacza więc gigantyczne marnotrawstwo sił i środków. Większość z żołnierzy AK nie zobaczyłaby przeciwnika do końca wojny, chyba że w telewizji. Zamiast tego, lepiej utworzyć jeden nowy związek taktyczny wojsk operacyjnych zdolny do przemieszczania się w rejon konfliktu i podjęcia realnej walki.

Obecnie Wojska Lądowe składają się z 3 dywizji, kilku samodzielnych brygad i wielu mniejszych jednostek. Komplikuje to system dowodzenia, zwłaszcza po likwidacji dowództw rodzajów sił zbrojnych. Dowództwu Generalnemu podlega zbyt duża liczba obiektów dowodzenia (kilkadziesiąt jednostek, co uniemożliwia sprawne dowodzenie).
Konieczne jest utworzenie dużego związku taktycznego, który "pozbierałby" rozproszone jednostki i zmniejszył obciążenie dowódcy wyższego szczebla a jednocześnie wzmocnił "ścianę wschodnią".

Reaktywacja czwartej dywizji będzie najprostsza w oparciu o infrastrukturę i pozostawione niektóre jednostki 1 Dywizji Zmechanizowanej zlikwidowanej w 2010 roku, za czasów ministra psychiatry-pacyfisty Bogdana Klicha.
W Chełmie można odtworzyć pułk artylerii, pozostawiając brygadowy da i bz, koszary są wystarczająco obszerne. W Lublinie i Zamościu, dowództwo i pozostałą część brygady zmechanizowanej na bazie zlikwidowanej 3 BZ. W Wesołej byłoby dowództwo dywizji i część brygady pancernej. W Siedlcach pozostała część brygady pancernej, może bcz. Na szczęście nie trzeba tworzyć nowych garnizonów, chociaż można by wykorzystać strategiczne położenie Białej Podlaskiej gdzie jest dawne lotnisko lotniczego pułku szkolnego, dla pododdziału rozpoznawczego 1 BPanc i może dywizjonu artylerii. Część pododdziałów brygady z Wesołej trzeba przesunąć bardziej na wschód aby zapełnić wielokilometrową pustkę powstałą po likwidacji brygady w Siedlcach. W skład dywizji weszłaby też 21 BSPodch z Rzeszowa. Pułk przeciwlotniczy mógłby znaleźć się w Wesołej (jednostka tego typu liczy kilkaset osób i nie powinno być problemu z jej zmieszczeniem w koszarach gdzie obecnie znajduje się tylko batalion czołgów, a niedawno była cała brygada.

 Szczegółowe warianty mogą się różnić, ważne że nie doszło jeszcze, dzięki Bogu, do likwidacji wszystkich mniejszych garnizonów, którą proponował towarzysz minister Koziej (dobry znajomy towarzysza generała FSB Patruszewa). Wtedy koszty odtworzenia dywizji byłyby znacznie większe.
 Najczęściej jest tak, że rozważania typu "głupota czy sabotaż", pozostają nierozstrzygnięte, jednak dzięki demokracji mamy możliwość bezkrwawej eliminacji szkodników. Przynajmniej możliwość taka istniała jeszcze do niedawna.

Oprócz wymienionych jednostek, wskazane byłaby reaktywacja 18 BZ w Białymstoku. Planowane jest tam dowództwo brygady rozpoznawczej jako jednostki o znaczeniu strategicznym (będzie to od dawna planowana brygada ISTAR, łącząca i dystrybuująca wszystkie informacje rozpoznawcze w czasie zbliżonym do rzeczywistego dla całych Sił Zbrojnych). Jednak dyslokacja tak ważnej i unikatowej jednostki, zaledwie 50 km od granicy z potencjalnym przeciwnikiem jest głupotą, o ile nie czymś więcej.

W praktyce rozsądne wzmocnienie ściany wschodniej wymaga reaktywacji jedynie 2 brygad zmechanizowanych (3 w Lublinie i 18 w Białymstoku), jednego pułku artylerii i pułku przeciwlotniczego - w sumie około 8-9 tysięcy ludzi. Razem z podniesieniem gotowości pozostałych jednostek na wschodzie, można szacować że liczebność Sił Zbrojnych w czasie pokoju, powinna zostać zwiększona o około 10 tysięcy żołnierzy. Jest to zbieżne z postulatem grupy generała Packa, tylko że oni chcą utopić pieniądze w tworzeniu batalionów OT-NSR rozproszonych po całym kraju.

Skutki utworzenia Dowództwa Arktycznego dla Polski



    Niewypowiedziana wojna Rosji przeciwko Ukrainie (gorąca) i towarzysząca jej zimna wojna polityczna, gospodarcza, informacyjna i psychologiczna, toczona przeciwko Zachodowi, w tym przede wszystkim przeciwko Polsce i krajom bałtyckim, pokazuje jak ogromnym błędem była redukcja naszej armii o 45% w 2010 roku, w tym likwidacja jedynej dywizji broniącej Polski od wschodu. Te błędy można i trzeba naprawić.


Władze w Moskwie podjęły decyzję o utworzeniu nowego dowództwa strategicznego w oparciu o Flotę Północną. Ma ono odpowiadać za Arktykę, w tym granicę z Norwegią. Do tej pory było 4 połączone dowództwa strategiczne tworzące 4 okręgi wojskowe: Wschodni, Centralny, Południowy i Zachodni a Flota Północna podlegała Zachodniemu Okręgowi Wojskowemu. Nowemu dowództwu będą podlegały oprócz Floty Północnej, jednostki Sił Powietrznych i wojska lądowe w składzie kilku brygad arktycznych.

Decyzja utworzenia arktycznego okręgu wojskowego na bazie Floty Północnej z podporządkowaną mu 200 Brygadą Strzelców osłaniającą granicę z Norwegią, w połączeniu z tworzeniem nowej ciężkiej brygady w rejonie Smoleńska (na kierunku zachodnim) oznacza, że środek ciężkości kolejnych działań jakie planuje Rosja, przesuwa się w kierunku centrum jej zachodniego obszaru zainteresowania strategicznego. Dzięki nowemu dowództwu arktycznemu, rosyjski Zachodni Okręg Wojskowy zostaje zwolniony z odpowiedzialności za północną flankę graniczącą z NATO, czyli granicę z Norwegią.  Jednocześnie dzięki temu że Finlandia jest neutralna, Dowództwo ZOW będzie mogło skoncentrować się na centralnym odcinku kierunku zachodniego, czyli Polski i krajów Bałtyckich (bo Białoruś jest już podporządkowana).

Wykorzystując posiadane siły o wysokiej gotowości, Rosja może szybko uderzyć na Polskę z terenu Białorusi wykorzystując 2 armie Zachodniego OW (6 i 20 z dowództwami w Petersburgu i Mulino), jedną armię z Centralnego OW (2 z dowództwem w Samarze), stacjonującą w europejskiej części okręgu i jedną armię białoruską (utworzoną z jednego z 2 dowództw operacyjnych). Jest to razem 4 armie. Przyjmując ograniczone cele, takie siły pozwalają swobodnie i skutecznie operować w centrum kierunku zachodniego, bez osłabienia flanki południowej i północnej. Uderzenie to byłoby skoncentrowane na nieosłanianej bramie podlaskiej. Celem byłoby zajęcie województwa Podlaskiego z Białymstokiem a następnie części lub całości województwa Warmińsko-Mazurskiego we współdziałaniu z siłami Obwodu Kaliningradzkiego. Błyskawiczny atak z kierunku Białorusi, zmusi polskie dowództwo do przegrupowania najbliższych 9, 20 i 15 brygad 16 Dywizji Zmechanizowanej na granicę z Białorusią, co umożliwi przeciwnikowi zajęcie przygranicznych garnizonów takich jak Braniewo, Bartoszyce, Węgorzewo, Gołdap, przez jednostki dyslokowane w Obwodzie Kaliningradzkim.

Po odrzuceniu sił polskich, wojska ZBiR (Związek Białorusi i Rosji) umocniłyby się na zajętym terenie, a dowództwo rosyjskie zagroziłoby atakiem jądrowym w wypadku gdyby doszło do próby odzyskania terytorium. Tego rodzaju konflikt był wielokrotnie ćwiczony zarówno przez Rosjan, jak i przez naszą stronę w ramach ćwiczeń Anakonda. Jednak zawsze zakładano, że od początku będzie nam pomagać NATO. Jest to skrajnie mało prawdopodobne. Bardziej prawdopodobne jest, że nawet jeżeli sojusznicy będą mieć wojska na naszym terytorium, to pozostaną one bierne, lub nawet zostaną wycofane po ataku Rosji, podobnie jak miało to miejsce z wojskami USA w Gruzji w 2008 roku.

Utworzenie dowództwa arktycznego, podnosi automatycznie gotowość Zachodniego OW do ataku na Polskę lub kraje bałtyckie gdyż jego dowództwo i sztab nie musi zajmować się planowaniem działań na kierunku arktycznym (granica z Norwegią). Osłoną zaś flanki południowej, w tym granicą z Ukrainą, będzie zajmował się Południowy OW. W ten sposób niepostrzeżenie przybliżamy się do możliwego konfliktu który może zaordynować Rosja na osi Białoruś-Polskia.

Celem w tym konflikcie byłoby uzyskanie przez Rosję połączenia lądowego z Obwodem Kaliningradzkim, bez uruchamiania reakcji sił USA, przynajmniej w początkowym okresie wojny. Atak poprzez Litwę wiązałby się z natychmiastowym podniesieniem rangi konfliktu gdyż wojska rosyjskie musiałyby zająć stolicę państwa członkowskiego NATO, co wynika z położenia Wilna. Tymczasem zajęcie Suwałk czy nawet Białegostoku nie ma takiego znaczenia politycznego i psychologicznego. Można przypuszczać że byłby to konflikt o rozmiarach pomiędzy konfliktem lokalnym a regionalnym. Bez znacznych zmian w dyslokacji sił (na przykład dużych przegrupowań z Azji do Europy, czy pomiędzy flankami. Dzięki temu że siły byłyby stosunkowo nieduże, Rosja mogłaby spodziewać się słabszej reakcji Zachodu i powstania różnicy zdań wewnątrz samego NATO. Byłby to konflikt wyjątkowo trudny dla Polski, ponieważ pomoc sojuszników mogłaby nie nadejść (nie mieliby interesu angażować się, gdy ich własne granice pozostają niezagrożone a stolica Polski pozostaje wolna. Niemcy mogłyby liczyć dodatkowo na odzyskanie naszych ziem zachodnich dzięki osłabieniu Polski). Taki może być tok myślenia przywództwa rosyjskiego.

Zajęcie całego województwa, oznacza wtargnięcie wojsk przeciwnika na ponad 100 km wgłąb naszego terytorium. Wiąże się to z ogromnymi stratami w ludziach i mieniu, zwłaszcza że potem trzeba będzie to terytorium odbijać. Wiąże się to też z utratą miast wojewódzkich co ma duże znaczenie symboliczne i polityczne.

Obrona manewrowa zakłada utratę części terytorium
aby zyskać na czasie i osłabić przeciwnika przez zadawanie mu strat na kolejnych rubieżach obrony: taktycznych, 
operacyjnej i strategicznej.

Tymczasem istnieją środki walki pozwalające zatrzymać ruch przeciwnika jeszcze na jego terytorium lub w strefie przygranicznej. Są to precyzyjne pociski, w tym tzw. "inteligentna amunicja", wystrzeliwane z samolotów, śmigłowców i przez artylerię. Wielkie znaczenie ma artyleria w tym pociski z podpociskami naprowadzanymi na sygnaturę podczerwieni czołgu czy haubicy takie jak Bonus a także kasetowe pociski rakietowe dalekiego zasięgu. Środki takie znane są na zachodzie od lat 1970 ubiegłego wieku. Oczywiście tych pocisków też musi być odpowiednia, niemała liczba. Wykorzystując tę technikę NATO w latach 1970 przyjęło strategię powstrzymywania sowieckich kolumn pancernych na dalekich przedpolach, tworząc wielokilometrowej szerokości "pas przesłaniania" na terytorium dawnego NRD. Dzięki temu, państwa zachodnie bez użycia broni jądrowej były w stanie uniknąć strat związanych z oddawaniem własnego terytorium. To właśnie inteligentna amunicja była jednym z głównych czynników zmuszających Moskwę do przewartościowania swojej strategii i zakończenia zimnej wojny.

Dlatego też, żeby nie zachęcać Rosji do agresji, Polska powinna zrezygnować z obrony manewrowej, zakładającej utratę ogromnych połaci terytorium, na rzecz koncepcji obrony wysuniętej, zakładającej rażenie wojsk przeciwnika już na podejściach, również na jego terytorium. Oczywiście dopiero kiedy przeciwnik zaatakuje i przekroczy granice naszego kraju. Z chwilą wejścia wojsk przeciwnika na naszą ziemię, powinien być uruchamiany wachlarz środków walki zdolny sparaliżować ruch drugiego rzutu i odwodów przeciwnika podchodzących z głębi. W ten sposób operacyjna rubież naszej obrony mogłaby zbliżyć się do granicy państwa. Oszczędziłoby to wiele istnień ludzkich. Wymaga to jednak większej liczby oddziałów (czyli brygad) dyslokowanych przy wschodniej granicy już w czasie pokoju, aby uniemożliwić przeciwnikowi wchodzenie w luki i wykonywanie głębokich zagonów na niebronione terytorium.

Dlatego trzeba powrócić do posiadania 4 dywizji. Dzięki temu, w pierwszym okresie wojny, Polska będzie mogła bronić się samodzielnie nie tracąc setek miejscowości a najwyżej wąski pas w strefie przygranicznej. Naprzeciwko każdej z czterech armii wojsk rosyjsko-białoruskich, powinna stanąć polska dywizja. Jeśli udałoby nam się zatrzymać rosyjskie uderzenie, mielibyśmy większe szanse na reakcję sojuszników (nikt nie pomaga słabemu, ale laur na głowę, kiedy zwycięstwo jest łatwiejsze do osiągnięcia, założy chętnie każdy). Oczywiście gdyby siły przeciwnika były większe, można by nadal prowadzić obronę manewrową. Reaktywacja czwartej dywizji, czyli 1 DZ, zlikwidowanej w 2010 roku (formalnie dowództwo zakończyło działalność w 2011) będzie wymagała odtworzenia 3 Brygady Zmechanizowanej i 2 pułków (artylerii i przeciwlotniczego) oraz kilku mniejszych pododdziałów.

W sumie będzie to wymagało zwiększenia liczebności wojska w czasie pokoju o około 10 tysięcy żołnierzy.
Po zatrzymaniu uderzenia przeciwnika, będziemy mogli liczyć na odzyskanie utraconego terytorium, przy wsparciu wojsk sojuszników. Oczywiście, żeby operację obronno-zaczepna można było podjąć w obliczu szantażu nuklearnego jaki stosuje Rosja wobec Polski, nasz kraj powinien przystąpić do programu NATO Nuclear Sharing. Jest to niezbędne, gdyż nawet USA nie będą chciały używać broni jądrowej w obronie sojusznika przeciwko takiemu mocarstwu nuklearnemu jakim jest Rosja. Jedynie realna groźba odwetu nuklearnego ze strony Polski zapobiegłaby eskalacji tego rodzaju konfliktu, do konfliktu jądrowego.

Ostatnia edycja: 18.12.2014.